Powroty w wielkim stylu

Thuban, Nieznane Regiony, 7216 rok wg. Kalendarza Reptilian.

Jennifer została zbudzona nagle głośnym dźwiękiem, dochodzącym z jednego z paneli przed nią.
Lekko zdenerwowana faktem zerwania ze snu, który zresztą był bardzo piękny, uśmiechnęła się jednak na widok rysujący się za oknem ,,Lizarda".
Thuban. Niewielka, prawie całkowicie zielona planeta, położona w Nieznanych Regionach.
Świat lasów i jezior. Ojczyzna Reptilian. Dom Jennifer.
Młoda reptilianka nie była tutaj od bardzo dawna i trochę obawiała się powrotu.
Nie wiedziała jak przyjmie ją rodzina czy znajomi...o ile w ogóle ktokolwiek będzie ją pamiętał.
Mimo to wszystko jednak Thuban był teraz jedynym co jej pozostało, więc nie mogła tak po prostu teraz odpuścić.
Nie minęło długo, a ,,Lizard" wszedł w końcu w atmosferę planety, lądując ostrożnie na jednym z przygotowanych do tego placów.
Jennifer powoli opuściła pokład, wciągając mocno powietrze, z uśmiechem na twarzy.

- Thuban...- pokiwała głową lekko i ruszyła pewnie przed siebie.

Mistead zdawało się zupełnie nie zmienić odkąd opuściła to miejsce, toteż Jennifer nie miała problemu z odnalezieniem się w układzie wąskich, skromnych uliczkach głównego miasta.
Przemierzając je powoli, mijała co jakiś czas miejsca, które pamiętała z przeszłości - a to plac gdzie niegdyś się bawiła, a to jakieś znajome przejście nad jezioro, z wszystkim wiązały się jakieś wspomnienia.
Jennifer jednak nie zatrzymywała się nigdzie na dłużej, zmierzając do konkretnego celu - swojego domu.
Ulokowany był on jednak dość daleko od lądowiska, toteż zmęczona dziewczyna postanowiła w końcu odpocząć choć na chwilę, zatrzymując się w czymś w rodzaju sporej oberży.
Nie była dziś specjalnie oblegana - zaledwie kilka osób siedziało w jednym rogu sali, prowadząc dość ożywioną dyskusję - więc Jennifer szybko znalazła wolne miejsce, zamówiła sobie swój ulubiony, lokalny napój i ponownie się zamyśliła.
Tym razem chwilę wytchnienia przerwało jej głośne trzaśnięcie drzwiami.

- Lizzy! Na litość wszelkich bóstw, kiedyś je rozwalisz...- zakrzyknął głośno jeden z gości przy stoliku, patrząc w stronę drzwi ostrzegawczym ale i rozbawionym wzrokiem.

Jennifer natomiast mało nie zadławiła się swoim napojem.
Lizzy...znała to imię aż za dobrze.
I choć równie dobrze nie musiała przecież to być ta konkretna Lizzy, reptilianka obróciła się dyskretnie do tyłu i spojrzała na dziewczynę która przed chwilą z takim hukiem wparowała do środka.
Podobnie jak większość reptilianek, miała zieloną, pokrytą łuskami skórę, i długie, zgrabne nogi.
Długie, choć spięte teraz włosy, dodawały jej jeszcze więcej uroku, a dopełnieniem tego obrazu, była bluzeczka Lizzy, która była właściwie odpowiednio zwiniętym kawałkiem materiału, który odsłaniał prawie wszystko.

- Lubię mieć dobre wejście, Kob - rzuciła w końcu w odpowiedzi Lizzy, kręcąc młynka sporych rozmiarów bronią i uśmiechając się zaczepnie.

W tym momencie Jennifer podniosła się ze swojego krzesła i niepewnym krokiem podeszła do dziewczyny, starając się nie stresować zbytnio.

- Lizzy? To...ty? To znaczy...

- Jennifer...- wytrzeszczyła oczy, jakby zobaczyła ducha i rzucając swoją broń na ziemię, złapała Jenni w objęcia, roniąc kilka łez - Witaj w domu, mała, witaj w domu...

Komentarze

Popularne posty